Nieśmiałe wyznania czytelniczki.
Kategorie: Wszystkie | Książki | Nabytki | Varia
RSS

Książki

wtorek, 17 sierpnia 2010

Jeszcze kilka miesięcy temu, każdy polski czytelnik spragniony wiedzy o rodzinie Brontë, której prawdziwe losy fascynują po dziś dzień nie mniej niż stworzona w ich powieściach fikcja, zmuszony był do cierpliwego nawiedzania antykwariatów, zbierania czterolistnych koniczynek w celu wiadomym (czyli przyciągania szczęścia z okolic bliższych i dalszych) oraz ciułania nadwyżek gotówkowych, by móc upragniony obiekt swoich marzeń posiąść w razie zaistnienia dwóch pierwszych okoliczności. W takich to ponurych czasach, nieświadoma zbliżającego się wznowienia książki „Na plebanii w Haworth” Anny Przedpelskiej-Trzeciakowskiej, wiedziona frustracją i głodem wiedzy napotkałam na mej drodze książkę pani Ewy Kraskowskiej „Siostry Brontë” (równie niedostępną co poprzednia, a jednak!). Czy się wahałam? Wcale! Książkę porwałam od razu i poniosłam ku mym włościom, by w zaciszu własnych pokoi oddać się lekturze. Dziś myślę o tych chwilach z nostalgią: zacne to były godziny spędzone w towarzystwie ekscentrycznego rodzeństwa, ich trudnego ojca, a przede wszystkim odizolowanego górskimi wrzosowiskami i zimnego Yorkshire.

 

Legendy mają to do siebie, że rodzą się z braku namacalnych faktów i upiększają zastaną rzeczywistość tak, by wszelkie niewiadome przekuć w inspirujące i wyjątkowe historie. Legenda brontëańska (a taka ponoć istnieje w dalekim świecie) nie różni się zatem od swoich pobratymców. Mamy krańce cywilizacji, za jakie uchodziła plebania na obrzeżach wsi Haworth w dawnym hrabstwie Yorkshire. Rodzina Brontë przybyła tam, by pozostać już na zawsze, czyniąc ten mało gościnny skrawek Anglii punktem docelowym masowych pielgrzymek wielbicieli trzech sióstr: Charlotty, Emily i Anny. To one bowiem spisały swoje opowieści i zapewniły nazwisku (wymyślonemu z potrzeby chwili przez pewnego ambitnego Irlandczyka) nieśmiertelność. Młodziutkie Mary i Elisabeth nie dożyły niestety wieku, by móc choć spróbować dołączyć do tego wybitnego tria, zaś Branwell, jedyny męski potomek, przydał całej tej familijnej historii pikanterii i smaczku. Plebania byłaby przecież dziś bardzo samotnym punktem na trasie turystycznych wypraw, gdyby nie słynny pub Black Bull, gdzie upijał się SAM BRANWELL BRONTE! Nałogi wyniszczające brata odcisnęły co prawda piętno na wrażliwej psychice panien, ale też zapewniły niebywały realizm opisywanym w ich tekstach cierpieniom cielesnym dotykającym bohaterów. Mroczna strona wszelkich legend konserwuje je przecież najsolidniej.

Plebania w Haworth / zdjęcie znalezione w sieci

Jak to się stało, że ojciec przeżył, by pochować wszystkie swoje dzieci i żonę? Dlaczego tak mało tekstów po nich zostało? Skąd pogłoski o przypisywanym Branwellowi autorstwie „Wichrowych Wzgórz” - czy Emily zdolna byłaby do takiego wyrachowania? Dlaczego siostry nie założyły rodzin i nie opuściły nigdy plebanii w Haworth? Jaką rolę odegrał tam ojciec: był wsparciem czy tyranem? Dlaczego Charlotte nie spotkała się z Dickensem? A może chcecie wiedzieć jakie książki czytywało rodzeństwo Brontë w długie jesienne i zimowe wieczory najchętniej? I kto, jako pierwszy autor, ruszył na poszukiwanie informacji o tej nietuzinkowej rodzinie, by zapoczątkować tym samym trwającą po dziś dzień pogoń za ulotną prawdą i duchem tego magnetycznego miejsca? Słyszeliście może o Gondali? I kim byli Acton, Ellis i Curer Bellowie? Dlaczego polski czytelnik nie musi odwiedzać Scarborough? Ile w napisanych przez siostry powieściach jest wątków autobiograficznych, a ile niepewnych epizodów z życia autorek próbuje się odtworzyć na podstawie ich książek? Jak dużo w tym wszystkim jest dziś domysłów i interpretacji, a co można uznać za niepodważalne i udokumentowane fakty? Ewa Kraskowska dzieli się taką wiedzą z czytelnikami. Szkoda, że czyni to dość chłodno, z akademickim zacięciem bym powiedziała, bez chęci zarażania nas swoją pasją. Ot, ciekawe to losy, i na dodatek kobiet, a mam wrażenie, że punktem wyjścia całej tej książki jest nieprzeciętna pozycja sióstr Brontë na tle sytuacji kobiet epoki wiktoriańskiej; zmagania sióstr w celu uznania ich za twórczynie równorzędne każdemu męskiemu autorowi tamtych czasów, to wyśmienity materiał dla badaczki prozy feministycznej. Jakie by jednak pobudki nie kierowały biografką w tym wypadku, książka ta ma swoją niebagatelną wartość na naszym wygłodzonym polskim rynku wydawniczym.

 

Na marginesie dodam, że książka opatrzona jest w notkę bibliograficzną oraz indeks osób, co znacznie ułatwia poszukiwanie konkretnych informacji. Brakowało mi zaś, i to bardzo, jakichkolwiek zdjęć czy portretów bohaterów i miejsc tej ciekawej historii. Internet co prawda obfituje w podobizny domniemane i uznane, jednak przerywanie lektury na takie poszukiwania nie stanowi mojego ulubionego zajęcia.

 

Niezwykłe, utalentowane, tajemnicze. Czas zatarł ślady prozy życia, by pozostawić legendę i niezapomnianą literaturę. Izolacja od londyńskiego świata kultury w prowincjonalnym Haworth wpłynęła z pewnością na rozwój ich wyjątkowych osobowości i wyobraźni twórczej, ale też pozostawiła sekrety tego rodzeństwa na zawsze w kręgu domysłów i dociekań, bez świadków i wspominek. Rodzina Brontë stanowi dziś znaczący rozdział w historii literatury angielskiej. Nadal też trudno uwierzyć, że aż trzy siostry mogą być równie utalentowane i wybitne. Taki przydział zdolności na jeden dom i w jednym czasie urąga przecież wszelkim statystykom!„Siostry Brontë” Ewy Kraskowskiej to rzetelna i ciekawie ujęta biografia trzech angielskich pisarek. Legenda brontëańska, której powstanie i trwanie po dziś dzień zawdzięczamy ubogim materiałom źródłowym, jest w Polsce nadal tematem nieznanym, a wartym przybliżenia. Jak istotne są wątki autobiograficzne i znajomość realiów epoki w powieściach samych sióstr, przekonuje nas sama biografka. Zachęcam zatem do lektury.

 

 

PS. Gdzie ci wydawcy, prawdziwi tacy?! Z siedmiu tytułów składających się na dorobek brytyjskiego rodzeństwa pisarek, zaledwie trzy doczekały się polskich przekładów (mam tu na myśli „Wichrowe Wzgórza”, „Villette” oraz „Dziwne losy Jane Eyre”). Widać 150 lat to zbyt krótki okres czasu, by kanon literacki przedarł się na nasz wybredny i wyrobiony rynek czytelniczy. Powieści „Shirley” i „The Professor” (Charlotte) oraz „The Tenant of Wildefell Hall (Anne) nadal pozostają w sferze mrzonek.

sobota, 14 sierpnia 2010

Opasuję się powojami kwitnącymi i wyką, na głowę uplatam wielki ciężki wieniec z bławatków i kładę się na polanie leśnej twarzą w niebo. (...)

Ciepło jest i cicho. Macierzanka pachnie. A ja jestem nimfa leśna i czekam fauna. (...)

Na gruzach moich marzeń mistycznych wyrósł bujny kwiat, pozytywny, twardy kult życia i rozkoszy.

Wspaniałomyślna i królewska jest moja rezygnacja. Kocham życie – mimo wszystko (...)”

 

Co wróży taki początek powieści?

Pełna wyszukanej egzaltacji i patosu, młodzieńcza powieść Zofii Nałkowskiej (wydana w całości w 1906 roku) oczarowała mnie zupełnie. Choć wszelkie znaki na niebie i ziemi przemawiają za jej odrzuceniem przez moją twardo stąpającą po ziemi naturę, to jednak nie mogłam się oderwać od tej lektury, szumiącej i prychającej jak stara taśma filmowa.

 

Zadufana w sobie i pretensjonalna młoda osóbka, której zapis myśli, towarzyszących zdarzeniom lub tylko chwilom rozważań, dostajemy do rąk własnych, nie skupia się na określaniu czasu czy tłumaczeniu ciągłości zdarzeń. Ujęcie „tu i teraz”, jak w modnej wówczas introspekcji, czasem dryfuje ku wspomnieniom. Ocenia siebie i innych, analizuje sytuacje, których doświadcza i ludzi, których spotyka. Może to przywodzić na myśl dawne panieńskie dzienniczki, choć pozbawione jest tej naiwnej intymności spotykanej w tego typu formach zapisu . Janka Dernowiczówna, bo o niej tu mowa, nie jest już bowiem podlotkiem, ale młodą kobietą szukającą i kontestującą. A czasy, w których przyszło jej wkraczać w dorosłość, to epoka niezwykła.

Przełom wieków XIX i XX to czas wielkich przemian w licznych sferach życia, również tej obyczajowej. Gdzie w tym wszystkim są kobiety inteligentne, myślące w duchu niezależności i własnej wartości, ale świadome swojego paraliżu społecznego, zepchnięte do roli matek i żon, bez względu na temperamenty czy potrzeby? Niezgoda na męski świat, który ustala zasady wedle jakich mają żyć, odzierający je z przymiotów umysłu, spychając do ściśle wyznaczonych pozycji, wydzielający szacunek tylko jednostkom spolegliwym i pokornie znoszącym zastany układ, wyziera z kartek tej powieści w sposób zdecydowany i stanowczy.

 

Kobieta zupełna nie znaczy to jeszcze zupełny człowiek. (...) Kobiety tak rzadko mają sposobność występować w charakterze ludzi, że wymagamy od nich, by w kobiecości ich zawierało się całe ich człowieczeństwo. I sami nie zdajemy sobie sprawy, jak w ten sposób właśnie poniżamy kobietę.

 

Nałkowska zarysowała w tej powieści malowniczy obraz swojej epoki, nie siląc się przy tym na wyczerpujące studium obyczajowości. Janka, jak przystało na outsiderkę, obserwuje z ciekawością świat samotnych, zdradzanych za powszechnym przyzwoleniem mężatek, naiwnych panien na wydaniu, wyzwolonych artystek skazanych na ostracyzm towarzyski, a także pań finezyjnie zwanych kokotami czyli utrzymanek, wzgardzonych choć na swój sposób wolnych. W swoim młodzieńczym zadufaniu bohaterka nie szczędzi nikomu krytycznych ocen, swoje opinie wygłasza dobitnie jako prawdy objawione, ostateczne i niepodważalne. Jest w tej postaci coś odpychającego i znajomego zarazem. Pisarka dotknęła istoty dojrzewania kobiety niezwykle blisko i szczerze. Nie wygładza kantów, nie maskuje zgrzytów: w sposób subtelny uchwyciła mieszankę pretensjonalności, manieryczności, buty i pychy oraz to naiwne niedostrzeganie sprzeczności we własnych sądach jako naturalne przywileje młodości. Przecież ten zaślepiony bunt i pewność swoich racji zmieniają czasem świat, choć z wiekiem stają się dla większości tylko wstydliwym etapem „chmurnym i durnym”.

 

Mimo wszystko, wydaje mi się, że nie jest to książka dla każdego. Mogą zniechęcać tak charakterystyczne dla literatury młodopolskiej natchnione stylizacje, jak choćby manieryczne uniesienia czy przesadne epatowanie emocjami, a „Kobiety” są z nich utkane gęsto. Ale trzeba też zaznaczyć, że Nałkowska nie jest Mniszkówną, i daleko tej książce do grafomaństwa kojarzonego z kobiecą literaturą romansową tamtego okresu. Uchwycona przez autorkę umysłowa i obyczajowa atmosfera przełomu wieków, to dla dzisiejszego czytelnika lektura nietuzinkowa i nietypowa. Perspektywa ujęcia tematu przez intelektualistkę, kobietę świadomą ówczesnych prądów myślowych, nabiera magicznej wprost siły wyrazu dzięki autentycznie dekadenckim nastrojom i, przywodzącej na myśl sztukę secesyjną, ozdobności w formie wyrazu. Nałkowska popełniła piękny, zmysłowy tekst!

wtorek, 10 sierpnia 2010

Debiutancka powieść Zadie Smith przebojem wdarła się na literackie salony dokładnie dziesięć lat temu. Czas mijał, a ja przekornie omijałam ją w księgarniach, dumnie ignorowałam wszelkie pochwały sypiące się zewsząd pod jej adresem, buntowniczo kwitowałam całe to zamieszanie „jednorocznym hitem i agresywnym marketingiem”. Upłynęły lata, a „Białe zęby” nadal mi polecano, kolejne dobrze przyjęte publikacje autorki zniweczyły wszelkie teorie o przypadkowym łucie szczęścia, a i mój stosunek do nowości wydawniczych złagodniał nieznacznie. Postarzałam się zatem i przeczytałam.

 

Niestety, ale zamieszanie wokół książki Zadie Smith było i jest jak najbardziej uzasadnione. Przemyślana konstrukcja misternie splecionej fabuły i dopracowani, namacalnie prawdziwi bohaterowie tworzą w efekcie solidną, wielowątkową powieść. Lista poruszanych przez autorkę tematów onieśmiela, a jej dojrzały stosunek do wielu spraw zawstydza – materiał zgromadzony w tej powieści służyć może do długich przemyśleń i licznych dyskusji. Wielokulturowa mieszanka ludzka tworząca pierwszy plan tej historii, staje się punktem wyjścia do poruszenia zagadnień bardzo współczesnych, gorących i ważnych. Kwestie religii i wiary, które mając z założenia jednoczyć, dzielą i alienują. Cywilizacje Zachodu i Wschodu niestrudzenie konfrontowane w poszukiwaniu ostatecznych i definitywnych argumentów o wyższości jednej z nich, umniejszają się tym samym. Kultura i tradycja – ich siła i słabości, na obczyźnie i w ojczyźnie. Asymilacja mniejszości narodowych jako zatracanie siebie albo przystosowanie. Źródła radykalizmu i fanatyzmu... Chyba każda próba takiej wyliczanki skazana jest na porażkę. Autorka kolejnymi epizodami napoczyna następne zagadnienia, otwiera nowe drzwi, zmusza do zmiany perspektywy i spojrzenia pod innym kątem. A czyni to o tyle zgrabnie, że nie zanudza nas dydaktyzmem czy bełkotliwym filozofowaniem, ale sprawnie opowiada dzieje trzech uwikłanych we wzajemne zależności rodzin, z czasem coraz ciaśniej splecionych węzłem wspólnego przeznaczenia.

 

Zaskoczył mnie w tej książce język pisarki: dosadny, bezpośredni, jakby uliczny, a jednak tak umiejętnie okiełznany przez autorkę. Odniosłam wrażenie, że Smith zdołała mowę potoczną podnieść do rangi przekazu czysto literackiego. Czytanie tej książki to prawdziwa przyjemność: jest lekka w odbiorze, ale bynajmniej nie błaha. Wszelkie mocne akcenty rozmieszczone są w fabule na tyle precyzyjnie i z wyczuciem, by czytelnik nie tracił zainteresowania ani przez moment, ale by podążał za narratorem w tej coraz bardziej zawikłanej historii, czerpiąc przy tym nie małą satysfakcję z odkrywania kolejnych fragmentów panoramy społeczności londyńskiej, odmalowanej z takim rozmachem i barwnością w tej powieści.

 

„Białe zęby” to taka słodko-gorzka pigułka kosmopolitycznego świata w jaki stopniowo zamienia się  'globalna wioska' Ziemia. Humor i ironia autorki osładzają lekturę, ale nie trywializują trudnych tematów. Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o historii ludzi jako pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym, gdzie każde następstwo działań to już źródło kolejnych zdarzeń. Gdzie każdy początek to tylko konsekwencja przeszłości, a każde niepozorna nawet okoliczność ma swoje rozwinięcie na osi czasu. Możemy nie dostrzegać takich punktów decydujących z bliska, ale to nie zmienia faktu, że skoro już jesteśmy to tworzymy „jutro” każdym naszym działaniem: świadomym i celowym, w dobrej czy złej wierze, zdając się na los czy zaniechując jakichkolwiek decyzji. Smith przypomina o tym swoją zmyślną historią, gdzie korzenie sięgają coraz dalej wstecz, choć przed bohaterami, jak i przed każdym z nas, jest już tylko przyszłość.  To, co należy do przeszłości, jest prologiem”.

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Inspirują i mobilizują:
Przeczytane:
Teraz czytam:
poczytnik.wordpress.com



Kontakt: rwanie.bzu@gmail.com





monitoring pozycji