Nieśmiałe wyznania czytelniczki.
Kategorie: Wszystkie | Książki | Nabytki | Varia
RSS
sobota, 03 lipca 2010

To było tak: potrzebowałam czegoś 'na odstrzał', ponieważ wiedziałam, że po „Obietnicy poranka” nawet coś dobrego czy nawet potencjalnie ulubionego w przyszłości, straci swój pierwotny blask. A czytać się chciało. I wtedy przypomniałam sobie o cyklu pani Grocholi, który czekał i czekał wciśnięty kiedyś na półkę, a obiecałam wyrobić sobie o nim własne zdanie. Choć okoliczności nie były może najbardziej sprzyjające, to mimo wszystko zdanie sobie wyrobiłam, i to dość stanowcze. To nie jest literatura dla mnie. Ale przynajmniej jestem już pewna, że to nie kwestia uprzedzeń, ale upodobań poddanych empirii.

 

Cykl czterech powieści Katarzyny Grocholi „Żaby i anioły”, to losy trzydziestoparoletniej Judyty, która zaczyna na naszych oczach życie od nowa. Z zahukanej kury domowej, rozwija się motyl niezależności o czym świadczą: własny dom, własne opinie, własne koty. Autorka funduje nam mnóstwo tak zwanych perypetii, które czekają na bohaterkę na jej drodze ku szczęściu. Z założenia są one zabawne, niestety w rzeczywistości irytowały mnie solidnie i nie pozwalały cieszyć się lekturą. Niby wszystko rozgrywa się z werwą, niby energicznie, ale równocześnie infantylnie i bezmyślnie. Rozumiem, że życie czasem z nas kpi i zdarzają się nam śmieszne pomyłki, z których można tworzyć barwne anegdotki. Ale kiedy wszystkie te sytuacje nie mają nic wspólnego ze złośliwością losu, a wynikają li i jedynie z głupoty własnej głównej postaci - już nie jest mi do śmiechu.

 

Najsłabszą z tych czterech części wydał mi się tom drugi czyli „Serce na temblaku”, jakby powstało z nagłego zapotrzebowania na kontynuację, ale już bez specjalnego pomysłu. Kolejne części toczą się tylko tymi sprawdzonymi torami: głupota bohaterki przybiera różne oblicza i zatacza coraz szersze kręgi, ale wszystko kończy się dobrze, ponieważ takie nieporadne życiowo istoty zawsze budzą litość osobników miłych i rozsądnych. Samo życie po prostu...

Mimo wszystko, jestem w stanie zrozumieć fenomen książki „Nigdy w życiu!” (cały cykl to już po prostu wymóg rynku w moim mniemaniu) – jest lekka, optymistyczna, dynamiczna i najważniejsze, że osadzona w polskich realiach. Literatura „ku pokrzepieniu serc” zawsze odpowiadała na konkretne społeczne zapotrzebowania i książki pani Grocholi spełniają pewnie taką rolę w dzisiejszych czasach. W świecie faworyzowania pięknych i młodych, kobiety dość szybko tracą wiarę w siebie i wsparcie innych, wydawałoby się 'przegranych' czy to na polu zawodowym czy rodzinnym, dopinguje do pozbierania się i walki o swoje. Właśnie takie wydaje się być przesłanie tego cyklu: chcąca „czterdziestka” nadal może, a nawet powinna!

 

Jeżeli jest jeszcze ktoś, kto nie czytał literatury spod znaku Katarzyny Grocholi, a chce i planuje popróbować, to myślę, że lato jest na to najodpowiedniejsza porą. Autorka całkiem lekko i energicznie zasypuje czytelników „myślotokiem” swoich bohaterów, wszelkie perypetie służą rozrywce, dramaty życiowe są szybko równoważone korzyściami z nich wynikającymi. Takie bajki dla dorosłych jednym słowem. Jak dla mnie, przygoda z tekstami tej autorki już dobiegła końca. To nie tego szukam w książkach. Ale krótko bolało i szybko minęło :)

niedziela, 27 czerwca 2010

Miłość macierzyńska to obietnica, którą życie daje u progu i której nie dotrzymuje nigdy. I z tym niedosytem pozostać trzeba do końca życia. (...) O pierwszym przebłysku świtu przeprowadziło się gruntowne studia nad miłością i dokumentację nosi się ze sobą. Wszędzie, dokąd pójdziemy, nosimy w sobie truciznę porównań i czas mija na oczekiwaniu tego, co już kiedyś otrzymaliśmy.”*

 

„Obietnica poranka” Romain'a Gary'ego to najpiękniejszy literacki hołd złożony matce, jaki miałam okazję czytać. Ta lektura samoistnie zdewaluowała wszystko, co czytałam w ostatnim czasie (miesiącach?latach?). Po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat popłakałam się pod wpływem książki, a nie jestem osobą wylewną z natury. Ale wbrew pozorom, to również jedna z najzabawniejszych rzeczy, jakie przytrafiło mi się czytać – wybuchy śmiechu to gwarantowany skutek uboczny tej przygody czytelniczej.

 

Słodko-gorzka opowieść o własnym życiu, skrzy się od humoru i autoironii, z jaką autor traktuje siebie i świat. Świetlana przyszłość, jaką od najmłodszych lat rysuje przed pisarzem nadopiekuńcza matka, prowadzi do mnóstwa sytuacji tragikomicznych. Tylko dzięki sile jej wiary w nieprzeciętność własnego dziecka, uparcie przemierzają oni Europę początków XX wieku – przez Wilno, Warszawę oraz Niceę do upragnionego Paryża, mekki artystów i dyplomatów (a w mniemaniu matki artysty: centrum świata kultury, ojczyzny duchowej nieprzeciętnych osobistości czyli jej syna również). Brak środków do życia nie zniechęca jej od snucia górnolotnych planów: po kolei chłopiec uczy się gry na skrzypcach, śpiewu, fechtunku, recytacji i tańca. Gdy wszystko zawodzi, w końcu zapadła decyzja:

(...)zdecydowałem się wreszcie na literaturę, ostatnie – jak mi się zdawało – schronienie dla tych wszystkich, którzy nie wiedzą, co z sobą zrobić.”*

Taka ścieżka kariery zobowiązuje oczywiście i, jak każdy wie, najważniejszym jej etapem jest przybranie odpowiedniego nazwiska czyli chwytliwego pseudonimu literackiego godnego co najmniej laureata nagrody Nobla (dla mniejszych zaszczytów nie warto zaczynać w ogóle). Całodzienne wymyślanie odpowiednio brzmiących imion, potrafi zatruć myśli nawet jednostkom nieprzeciętnym. Zwłaszcza, gdy ma się świadomość pewnych smutnych faktów:

(...) znaliśmy doskonale nazwiska, jakich nam było trzeba – niestety, wszystkie już były zajęte. I Goethe, i Szekspir, i Wiktor Hugo. (...) Wiele lat później, kiedy po raz pierwszy usłyszałem przez radio nazwisko generała de Gaulle'a wygłaszającego swój sławny apel do Francuzów, w pierwszej chwili zareagowałem odruchem złości, że nie przyszło mi na myśl to piękne nazwisko piętnaście lat wcześniej (...). Życie jest wybrukowane straconymi okazjami.”*

W takim stylu autor snuje swoją przezabawną historię  własnego życia. A było ono niezwykle ciekawe i obfitujące w niesamowite przypadki. Nie każdy przecież miał w planach zamach na Hitlera! Oddam tutaj znowu głos Gary'emu:

Gazety nic o tym nie wspominały. Nie uratowałem Francji ani świata, tracąc w ten sposób okazję, która może już nigdy się nie powtórzy (sic! - mój przypis własny). (...)wróciłem do Nicei, by (...) spędzić w domu ostatnie tygodnie przed powołaniem mnie do Sił Lotniczych. (...) Matka jednak przyjęła mnie w sposób bardzo dziwny. (...) Z tajemniczą miną ujęła mnie za rękę, (...) przedstawiła mi projekt , jaki sobie ułożyła w związku z moją osobą. Sprawa wyglądała nader prosto: miałem pojechać do Berlina i uratować Francję, a przy tej okazji również cały świat, przez dokonanie zamachu na Hitlera.

Muszę przyznać, że wahałem się przez chwilę.(...) Myśl, że mam natychmiast jechać do Berlina, oczywiście trzecią klasą, by zabić Hitlera, w czasie największych upałów (...) nie uśmiechała mi się. (...) O wiele bardziej odpowiadałoby mi zabicie Hitlera po wakacjach, w październiku. [Matka zmienia w ostatnim momencie zdanie i odwołuje zamach] (...) Tak oto nie zabiłem Hitlera. Jak widać niewiele brakowało”*

 

Choć to autobiografia, to nie ma wątpliwości, że głównym bohaterem tej książki jest matka pisarza. Wbrew wszelkim współczesnym teoriom pedagogicznym i psychologicznym, wychowała ona dobrego człowieka, będąc przy tym nadopiekuńczą, zaborczą, gwałtowną i skłonną do przesady i dramatyzowania. Niezdrowa relacja, którą dosłownie przykuła się do syna, wymusiła na nim wszelkie decyzje życiowe, nie pozostawiła mu żadnych alternatywnych opcji, okazała się na końcu czymś pięknym i inspirującym. Może jednak olbrzymia miłość i bezgraniczna wiara we własne dziecko wystarczy, by ukształtować wartościową osobę?

Pięknie napisana opowieść o matce i synu. O czasach, które minęły, o miejscach, których już nie ma, i o napotkanych ludziach. O miłości silniejszej niż śmierć. Po tej książce już nic nie wydaje się takie samo.

 

 

* „Obietnica poranka” Romain Gary, Kolekcja Gazety Wyborczej, tłum. Jerzy Pański

piątek, 25 czerwca 2010

Jak ważny jest wybór lektury odpowiadającej naszym chwilowym potrzebom i nastrojom, odczuć można najdobitniej, gdy taki manewr nam się nie powiedzie. Takie niefortunne karmienie się sznyclem, gdy chciało się tylko przekąsić pomarańczę, potrafi popsuć apetyt, choć wiadomo, że kiedyś wrócą 'dni mięsne' i wtedy znów zatęsknimy za solidnym daniem głównym. Książka pani Clarke okazała się lekturą, jakich szukam w zimowe wieczory, z kubkiem gorącej herbaty w ręku, zatopiona wygodnie w fotelu, przy akompaniamencie wiatru za oknami. Upał czerwcowy nie współgrał z mroczną angielską aurą, jednak powieść ta obroniła się mimo wszystko: swoim literackim poziomem i urokiem salonowych herbatek przy kominku. Solidna dawka angielskiej obyczajowości początków XIX wieku, odmalowana sprawnie i z wyczuciem, przypomina czasy najwspanialszych powieści, które wyszły spod brytyjskich piór. Jej napisanie zajęło autorce 10 lat i nakład włożonej to pracy widać na każdej stronie, dzięki niezwykłej wierności realiom opisywanego świata.

Dużo przyjemności dostarczyła mi praca nad warstwą historyczną powieści, zbieranie danych o epoce, okruchów informacji o tym np. jakich świeczników używano najczęściej w Londynie początków XIX wieku, jakie imiona nadawano koniom czy psom i ile kosztowała podróż z jednego miasta do drugiego.” S. Clarke

 

„Jonathan Strange i pan Norrell” to trzytomowa, opasła powieść, której akcja rozgrywa się na przestrzeni ponad dziesięciu lat w pierwszej połowie XIX wieku. Choć fabuła oparta została na elementach fantastycznych, jakimi niewątpliwie jest magia, to autorka sprawiła, że nie jest to już zajęcie dla przebierańców w pelerynach i niepraktycznie wielkich kapeluszach, ale dziedzina wiedzy godna umysłu tylko kulturalnego dżentelmena. Opowieść staje się pretekstem do roztoczenia panoramy społeczno-obyczajowej ówczesnej Anglii na miarę Dickensa, jednak bez jego tkliwości i dydaktyzmu.

Niespieszne zaznajamianie się z bohaterami tej historii, jest na tyle obszerne, że sama akcja zawiązuje się dopiero tak gdzieś w połowie drugiego tomu! W niczym to jednak nie przeszkadza, ponieważ autorka, z subtelną ironią godną co najmniej następczyni Jane Austen, co i rusz bawi czytelnika angielskim humorem, rozdając prztyczki w nos wszelkim narodowym, ale także i ludzkim, przywarom i śmiesznostkom.

W domu każdego maga należy spodziewać się pewnych osobliwości. Najbardziej osobliwym elementem domostwa pana Norrella był bez wątpienia Childermass (służący)”*(159,II)

Błahe zdarzenia czy dialogi, ujęte w błyskotliwe scenki obyczajowe, nadają powieści charakteru. Atmosfera wytworności i samozadowlenia bawi. Nie przeszkadza to jednak wkradaniu się nastrojów mrocznych – mamy bowiem tutaj do czynienia również z powieścią gotycką! Czarne ptaki, ruiny budowli, żywe lasy, sztandary z ludzkiej skóry, bezludne wrzosowiska – to wszystko przypomina modne ówcześnie historie grozy, które jakżeby inaczej, swój rodowód wywodzą z Wysp Brytyjskich (nawet wspomniana jest autorka dzieł tego typu czyli pani Radcliffe). Elfy znane z angielskiego folkloru, nie są bajkowymi istotkami stworzonymi ku uciesze ludzkości, i właśnie z takich opowieści dzieciństwa utkana jest materia fantastyczna tej powieści.

Co ciekawe, wbrew schematom fantastyki, to nie jest typowa historia walki dobra ze złem, ale rywalizacja rozumu i szaleństwa. Postaci są o tyle wiarygodne i ludzkie, że wykazują wady i zalety, podejmują dobre i złe decyzje. Raz kogoś lubimy, by za chwilę nim pogardzać. Małostkowość czy arogancja to jednak nie jest zło wcielone, ale całkiem powszechna postawa osobista, za którą nie należy od razu zabijać napotkanych delikwentów. Taka nieszablonowość tworzenia bohaterów, wyróżnia książkę pani Clarke spośród innych historii z kręgu fantastyki, co wychodzi jej tylko na korzyść.

Mamy zatem tu pewną grę z czytelnikiem: w formę, nawiązania literackie, schematy gatunkowe. Na dodatek książka zawiera mnóstwo przypisów, ciągnących się czasem całymi stronami, w których to pisarka przybliża czasem księgi magiczne czy opowieści ludowe, albo tylko zasłyszane plotki i notki biograficzne dawnych magów. Brzmi to zupełnie jak dygresje elokwentnego gawędziarza, który od czasu do czasu zbacza z tematu, by zabawić towarzystwo taką lub inną ciekawostką. W niczym to jednak nie zaburza fabuły, która toczy się do przodu niespiesznie i zgrabnie, gdziekolwiek by ją przerwać. Tak zapewne czytano kiedyś powieści w rodzinnym gronie – wzbogacając fragmenty o własne refleksje i uwagi.

 

„Jonathan Strange i pan Norrell” to powieść obyczajowa, ale również powieść historyczna oraz powieść grozy i na końcu powieść fantastyczna. Mam wrażenie, że etykietka „fantasy” sprawia, iż tak świetnie napisaną historię będą omijać czytelnicy nie przepadający za tym gatunkiem. A to olbrzymi błąd i strata. Bowiem tak angielsko-angielskich historii się już dziś za wiele nie pisze, wymagają zbyt wielkiego nakładu pracy i umiejętności pisarskich, zdolnych do podołania formie pastiszu. Pani Clarke stworzyła historię, której bliżej do Thackeray'a niż do Rowling, więc dajcie jej szansę bez względu na gatunkowe uprzedzenia czy upodobania.

 

 

PS. Wraz z Tosią uważamy, że każda DOBRA historia powinna zawierać znaczący wątek o kotach. Pani Clarke ma nadal czas, by poprawić się w przyszłych swoich dziełach ;)

*„Jonathan Strange i pan Norrell” t. I-III, Susanna Clarke, 2004-2005, Wydawnictwo Literackie, Kraków

 

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Inspirują i mobilizują:
Przeczytane:
Teraz czytam:
poczytnik.wordpress.com



Kontakt: rwanie.bzu@gmail.com





monitoring pozycji