Nieśmiałe wyznania czytelniczki.
Kategorie: Wszystkie | Książki | Nabytki | Varia
RSS
sobota, 14 sierpnia 2010

Opasuję się powojami kwitnącymi i wyką, na głowę uplatam wielki ciężki wieniec z bławatków i kładę się na polanie leśnej twarzą w niebo. (...)

Ciepło jest i cicho. Macierzanka pachnie. A ja jestem nimfa leśna i czekam fauna. (...)

Na gruzach moich marzeń mistycznych wyrósł bujny kwiat, pozytywny, twardy kult życia i rozkoszy.

Wspaniałomyślna i królewska jest moja rezygnacja. Kocham życie – mimo wszystko (...)”

 

Co wróży taki początek powieści?

Pełna wyszukanej egzaltacji i patosu, młodzieńcza powieść Zofii Nałkowskiej (wydana w całości w 1906 roku) oczarowała mnie zupełnie. Choć wszelkie znaki na niebie i ziemi przemawiają za jej odrzuceniem przez moją twardo stąpającą po ziemi naturę, to jednak nie mogłam się oderwać od tej lektury, szumiącej i prychającej jak stara taśma filmowa.

 

Zadufana w sobie i pretensjonalna młoda osóbka, której zapis myśli, towarzyszących zdarzeniom lub tylko chwilom rozważań, dostajemy do rąk własnych, nie skupia się na określaniu czasu czy tłumaczeniu ciągłości zdarzeń. Ujęcie „tu i teraz”, jak w modnej wówczas introspekcji, czasem dryfuje ku wspomnieniom. Ocenia siebie i innych, analizuje sytuacje, których doświadcza i ludzi, których spotyka. Może to przywodzić na myśl dawne panieńskie dzienniczki, choć pozbawione jest tej naiwnej intymności spotykanej w tego typu formach zapisu . Janka Dernowiczówna, bo o niej tu mowa, nie jest już bowiem podlotkiem, ale młodą kobietą szukającą i kontestującą. A czasy, w których przyszło jej wkraczać w dorosłość, to epoka niezwykła.

Przełom wieków XIX i XX to czas wielkich przemian w licznych sferach życia, również tej obyczajowej. Gdzie w tym wszystkim są kobiety inteligentne, myślące w duchu niezależności i własnej wartości, ale świadome swojego paraliżu społecznego, zepchnięte do roli matek i żon, bez względu na temperamenty czy potrzeby? Niezgoda na męski świat, który ustala zasady wedle jakich mają żyć, odzierający je z przymiotów umysłu, spychając do ściśle wyznaczonych pozycji, wydzielający szacunek tylko jednostkom spolegliwym i pokornie znoszącym zastany układ, wyziera z kartek tej powieści w sposób zdecydowany i stanowczy.

 

Kobieta zupełna nie znaczy to jeszcze zupełny człowiek. (...) Kobiety tak rzadko mają sposobność występować w charakterze ludzi, że wymagamy od nich, by w kobiecości ich zawierało się całe ich człowieczeństwo. I sami nie zdajemy sobie sprawy, jak w ten sposób właśnie poniżamy kobietę.

 

Nałkowska zarysowała w tej powieści malowniczy obraz swojej epoki, nie siląc się przy tym na wyczerpujące studium obyczajowości. Janka, jak przystało na outsiderkę, obserwuje z ciekawością świat samotnych, zdradzanych za powszechnym przyzwoleniem mężatek, naiwnych panien na wydaniu, wyzwolonych artystek skazanych na ostracyzm towarzyski, a także pań finezyjnie zwanych kokotami czyli utrzymanek, wzgardzonych choć na swój sposób wolnych. W swoim młodzieńczym zadufaniu bohaterka nie szczędzi nikomu krytycznych ocen, swoje opinie wygłasza dobitnie jako prawdy objawione, ostateczne i niepodważalne. Jest w tej postaci coś odpychającego i znajomego zarazem. Pisarka dotknęła istoty dojrzewania kobiety niezwykle blisko i szczerze. Nie wygładza kantów, nie maskuje zgrzytów: w sposób subtelny uchwyciła mieszankę pretensjonalności, manieryczności, buty i pychy oraz to naiwne niedostrzeganie sprzeczności we własnych sądach jako naturalne przywileje młodości. Przecież ten zaślepiony bunt i pewność swoich racji zmieniają czasem świat, choć z wiekiem stają się dla większości tylko wstydliwym etapem „chmurnym i durnym”.

 

Mimo wszystko, wydaje mi się, że nie jest to książka dla każdego. Mogą zniechęcać tak charakterystyczne dla literatury młodopolskiej natchnione stylizacje, jak choćby manieryczne uniesienia czy przesadne epatowanie emocjami, a „Kobiety” są z nich utkane gęsto. Ale trzeba też zaznaczyć, że Nałkowska nie jest Mniszkówną, i daleko tej książce do grafomaństwa kojarzonego z kobiecą literaturą romansową tamtego okresu. Uchwycona przez autorkę umysłowa i obyczajowa atmosfera przełomu wieków, to dla dzisiejszego czytelnika lektura nietuzinkowa i nietypowa. Perspektywa ujęcia tematu przez intelektualistkę, kobietę świadomą ówczesnych prądów myślowych, nabiera magicznej wprost siły wyrazu dzięki autentycznie dekadenckim nastrojom i, przywodzącej na myśl sztukę secesyjną, ozdobności w formie wyrazu. Nałkowska popełniła piękny, zmysłowy tekst!

wtorek, 10 sierpnia 2010

Debiutancka powieść Zadie Smith przebojem wdarła się na literackie salony dokładnie dziesięć lat temu. Czas mijał, a ja przekornie omijałam ją w księgarniach, dumnie ignorowałam wszelkie pochwały sypiące się zewsząd pod jej adresem, buntowniczo kwitowałam całe to zamieszanie „jednorocznym hitem i agresywnym marketingiem”. Upłynęły lata, a „Białe zęby” nadal mi polecano, kolejne dobrze przyjęte publikacje autorki zniweczyły wszelkie teorie o przypadkowym łucie szczęścia, a i mój stosunek do nowości wydawniczych złagodniał nieznacznie. Postarzałam się zatem i przeczytałam.

 

Niestety, ale zamieszanie wokół książki Zadie Smith było i jest jak najbardziej uzasadnione. Przemyślana konstrukcja misternie splecionej fabuły i dopracowani, namacalnie prawdziwi bohaterowie tworzą w efekcie solidną, wielowątkową powieść. Lista poruszanych przez autorkę tematów onieśmiela, a jej dojrzały stosunek do wielu spraw zawstydza – materiał zgromadzony w tej powieści służyć może do długich przemyśleń i licznych dyskusji. Wielokulturowa mieszanka ludzka tworząca pierwszy plan tej historii, staje się punktem wyjścia do poruszenia zagadnień bardzo współczesnych, gorących i ważnych. Kwestie religii i wiary, które mając z założenia jednoczyć, dzielą i alienują. Cywilizacje Zachodu i Wschodu niestrudzenie konfrontowane w poszukiwaniu ostatecznych i definitywnych argumentów o wyższości jednej z nich, umniejszają się tym samym. Kultura i tradycja – ich siła i słabości, na obczyźnie i w ojczyźnie. Asymilacja mniejszości narodowych jako zatracanie siebie albo przystosowanie. Źródła radykalizmu i fanatyzmu... Chyba każda próba takiej wyliczanki skazana jest na porażkę. Autorka kolejnymi epizodami napoczyna następne zagadnienia, otwiera nowe drzwi, zmusza do zmiany perspektywy i spojrzenia pod innym kątem. A czyni to o tyle zgrabnie, że nie zanudza nas dydaktyzmem czy bełkotliwym filozofowaniem, ale sprawnie opowiada dzieje trzech uwikłanych we wzajemne zależności rodzin, z czasem coraz ciaśniej splecionych węzłem wspólnego przeznaczenia.

 

Zaskoczył mnie w tej książce język pisarki: dosadny, bezpośredni, jakby uliczny, a jednak tak umiejętnie okiełznany przez autorkę. Odniosłam wrażenie, że Smith zdołała mowę potoczną podnieść do rangi przekazu czysto literackiego. Czytanie tej książki to prawdziwa przyjemność: jest lekka w odbiorze, ale bynajmniej nie błaha. Wszelkie mocne akcenty rozmieszczone są w fabule na tyle precyzyjnie i z wyczuciem, by czytelnik nie tracił zainteresowania ani przez moment, ale by podążał za narratorem w tej coraz bardziej zawikłanej historii, czerpiąc przy tym nie małą satysfakcję z odkrywania kolejnych fragmentów panoramy społeczności londyńskiej, odmalowanej z takim rozmachem i barwnością w tej powieści.

 

„Białe zęby” to taka słodko-gorzka pigułka kosmopolitycznego świata w jaki stopniowo zamienia się  'globalna wioska' Ziemia. Humor i ironia autorki osładzają lekturę, ale nie trywializują trudnych tematów. Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o historii ludzi jako pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym, gdzie każde następstwo działań to już źródło kolejnych zdarzeń. Gdzie każdy początek to tylko konsekwencja przeszłości, a każde niepozorna nawet okoliczność ma swoje rozwinięcie na osi czasu. Możemy nie dostrzegać takich punktów decydujących z bliska, ale to nie zmienia faktu, że skoro już jesteśmy to tworzymy „jutro” każdym naszym działaniem: świadomym i celowym, w dobrej czy złej wierze, zdając się na los czy zaniechując jakichkolwiek decyzji. Smith przypomina o tym swoją zmyślną historią, gdzie korzenie sięgają coraz dalej wstecz, choć przed bohaterami, jak i przed każdym z nas, jest już tylko przyszłość.  To, co należy do przeszłości, jest prologiem”.

 


niedziela, 08 sierpnia 2010

 

Na całych jeziorach - ty,
o wszystkich dnia porach - ty.
W marchewce i w naci - ty,
od Mazur do Francji – ty.


Na co dzień, od święta - ty.
I w leśnych zwierzętach - ty.
I w ziołach, i w grzybach
nadzieja, że to chyba – ty...


We wróżbach i w kartach - ty.
Na serio i w żartach - ty.
W sezonie i potem,
przed ptaków odlotem – ty, ty, ty...

 

Jeśli jest na sali ktoś, kto jeszcze nie zna powyższej piosenki i nie potrafi nucić jej tęsknej melodii, to uprasza się o szybkie zaaplikowanie sobie solidnej dawki muzyki spod znaku Agnieszki Osieckiej. Niesamowite, że w dorobku zaledwie jednej pisarki-poetki natrafić można na taką ilość pięknych utworów: wyjątkowo harmonijnych literacko i muzycznie. Są pełne lirycznego lata, złotej polskiej jesieni, zimowych szarości i wiosennych nadziei – poezja życia oprawiona z wyczuciem w muzyczne ramy. O czym to ja dzisiaj?

 

„Listy śpiewające” Agnieszki Osieckiej nie są śpiewnikiem, choć zawierają również teksty wielu znanych utworów. Tytuł ten nic mi nie mówił, gdyż jak się okazało jestem za młoda (jeszcze się to zdarza!) i nie mogę pamiętać telewizyjnego programu transmitowanego pod tym właśnie szyldem. Otóż od roku 1963 Osiecka pisała spektakle dla Teatru Telewizji, gdzie poczesne miejsce zajmowały zgrabnie wplecione w fabułę piosenki (muzykę dla tego projektu komponował wówczas Adam Sławiński, z tego co mi wiadomo).

 

"W Listach pragnęliśmy w sposób smutny i śmieszny opowiedzieć o trudnościach, z jakimi stykają się ludzie przy próbach osiągnięcia głębszego porozumienia (...). Chcieliśmy też słowem i muzyką opisać pejzaż naszej ojczyzny bławatno zielonej". *

 

Siedem scenariuszy takich telewizyjnych spektakli składa się na wspomnianą tutaj niewielką książeczkę, którą z przyjemnością czytałam w chwilach wolnych od urlopowania, a w duchu nuciłam sobie znane piosenki tam znalezione, oddając się wspomnieniom własnym. Jeśli miałabym wartościować znajdujące się w tym zbiorze teksty, to zdecydowanie najlepszy w moim odczuciu okazał się pierwszy czyli „Pijany zając”. Był i zabawny, i ciepły, i wzruszający, i taki akuratnie wakacyjny jak lubię. Idealnie współgrał z moimi aktualnymi nastrojami. Jednak w każdej z tych siedmiu historii odnaleźć można mnóstwo celnych i wnikliwych obserwacji natury ludzkiej, pośmiać się z nieporozumień ujętych w zabawne dialogi, zadumać się nad drobiazgami, które oddalają nas od innych, odnaleźć ducha epoki PRL w postaci kombinatów czy kulturalno-oświatowych zabawiających wczasowiczów i mnóstwa innych smaczków tego rodzaju.

 

Historie są krótkie, ale liryczne. Niepiękne zdarzenia można jednak pięknie opisać. I pani Agnieszka Osiecka to potrafiła, jak mało kto. Do tej książki będę wracać. Polecam i Wam skosztować tych literackich drobiazgów scenicznych, niesłusznie zapomnianych, za wcześnie przykurzonych!


PS. Zdjęcie książki okazało się niedostępne w zasobach internetowych, więc uzupełnię je dopiero, gdy powstanie takowe czyli najwcześniej,gdy aparat fotograficzny wróci z wakacji ;) Chyba, że zapomnę.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Inspirują i mobilizują:
Przeczytane:
Teraz czytam:
poczytnik.wordpress.com



Kontakt: rwanie.bzu@gmail.com





monitoring pozycji