Nieśmiałe wyznania czytelniczki.
Blog > Komentarze do wpisu

"Marilyn, ostatnie seanse" Michel Schneider

Zostało zapisane, że pozostanę wierny koszmarowi, który sam wybiorę” (J.Conrad, str 300)*

Marilyn, ponoć zagorzała zwolenniczka terapii freudowskiej, przez całe lata swojej kariery spędziła więcej czasu na kozetkach u różnych psychiatrów niż na planie filmowym: zawzięcie analizowała swoje myśli, motywy kłamstw, przejęzyczenia, skojarzenia, związki, wspomnienia, czytane książki, relacje, role, zdjęcia. Nie ona jedna zresztą. Czasochłonne seanse psychoanalityczne serwowało sobie w tamtym czasie całe Hollywood. Nic zatem dziwnego, że obsługujący gwiazdy „lekarze dusz” wyrastali na gwiazdy między gwiazdami. Pisali własne scenariusze (z Freudem i sławetną kozetką w tle oczywiście), doradzali wybór ról swoim pacjentom, kierowali grą aktorską zza kamery (!) mnożąc w nieskończoność ujęcia, decydowali o kontraktach z wytwórniami, aranżowali obsadę produkcji – jak się okazuje, szare eminencje Los Angeles odcisnęły trwały ślad w historii kinematografii. Śledzimy ten intrygujący mariaż obrazu (kino) i słowa (psychoanaliza) w reżyserii Schneidera, gdzie w rolach głównych pojawiają się: Marilyn Monroe i Ralph Greenson (ostatni terapeuta blond bogini). Jednak dalsza obsada robi nie mniejsze wrażenie: Clark Gable, Billy Wilder, Yves Montand, Jennifer Jones, Laurence Olivier, Vivien Leigh, Truman Capote, Vladimir Nabokov, Arthur Miller, Frank Sinatra, Anna Freud i wielu innych znanych których spamiętać mi się nie udało. Istny korowód wielkich i niezapomnianych potęgujący wrażenie autentyczności tej historii.

 

Książka Schneidera to ani biografia, ani powieść sensu stricte. Krótkie, osadzone w konkretnych miejscach i datach sytuacje, spotkania, wypowiedzi tworzą z czasem mozaikę nabierającą pozorów rzeczywistości. Te literackie poczynania pisarza dają zadziwiające zadowalające efekty: uwierzyłam w jego Marilyn. Nieszczęśliwa, niedojrzała dziewczynka, schwytana w sidła swojego wizerunku seksbomby, otoczona przez bezwzględny świat pozorów i interesowności popada w fatalną spiralę autodestrukcji. Nafaszerowana środkami przeciwbólowymi i nasennymi, nadużywająca alkoholu, oddająca się przygodnie poznanym mężczyznom staje się nieznośna dla swojego otoczenia. Urastając w oczach świata do roli symbolu nieskomplikowanej blondynki, Norma Jeane Mortenson pogrąża się w swoim wewnętrznym chaosie („traumy z dzieciństwa, brak wiary w siebie, obsesyjna potrzeba akceptacji, niezdolność do podtrzymywania więzów bliskości, strach przed porzuceniem...”, str 74)*. Czy jest to rozkapryszona histeryczka i egocentryczka? A może zaburzona w sposób poważny struktura osobowości nadająca się do leczenia klinicznego a nie rozmów o Erosie i Tanatosie w zaciszu gabinetowym? Autor snuje chwilami swoje psychoanalityczne refleksje (nota bene, są to najsłabsze fragmenty w tej książce), ale przytomnie nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Pokazuje ciemną stronę tej tajemniczej kobiety na tle innych, nie mniej rozchwianych psychicznie, osobowości tamtych czasów. Pomysłowo i sugestywnie oddana atmosfera pewnej epoki i ludzi, naprawdę świetna robota (nie dziwi wcale nominacja do Nagrody Goncourtów w 2006 roku).

To takie smutne uzmysłowić sobie, że życie przypomina partię szachów, gdzie jeden fałszywy ruch może nas zmusić do poddania partii, z tą różnicą, że nie mamy żadnej możliwości rozegrać drugiej, żadnych widoków na rewanż” (Z.Freud, str 395)*.

 

* fragmenty książki „Marilyn, ostatnie seanse” Michel Schneider, Kraków, Wyd, Znak, 2008.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010, maioofka
2010/04/26 14:51:05

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Skarletka, *.dolsatbelchatow.pl
2010/04/26 15:20:15
A dla mnie książka okazała się, niestety, zupełnie niestrawna. Podeszłam do niej z wielkim entuzjazmem, bo i postać ciekawa, i temat interesujący, i cieszyłam się, że nie jest to tradycyjna biografia. Jednak z tych pojedynczych, krótkich fragmentów nijak nie mogłam ułożyć spójnej całości i poza tym, że "Marilyn chodziła na terapię" niewiele się dowiedziałam.

Widać jestem bardziej przyzwyczajona do tradycyjnej narracji i ten eksperyment formalny zupełnie mi nie podszedł :)

Pozdrawiam serdecznie
-
maioofka
2010/04/26 18:04:58
Skarletko,
U mnie nie było żadnych oczekiwań tylko ciekawość, co też tak ładnie wydano ;)
Początkowo również próbowałam zapanować nad chronologią, ale od momentu gdy dałam sobie z tym spokój i skupiłam się na osobach, dialogach i miejscach wszystko samo zaczęło układać się w ciekawy obraz. Przeplatanie się czasów i bohaterów to właśnie zaleta tej książki: tak jakby Schneider opisał układ partii szachowej życia Marilyn. Pojedyncze pola nie mają sensu, ale całość tworzy konkretną rozgrywkę, która miała kluczowe momenty i figury.
-
m.tucha
2010/04/26 19:08:15
U mnie było tak: na początku - zgrzałam się na tę książkę, po przeczytaniu kilku recenzji mój zapał opadał, teraz jestem prawie neutralna i sięgnę po nią w końcu, żeby czytać bez oczekiwań :)
-
lirael
2010/04/26 22:07:15
Marilyn jest na pewno postacią intrygującą, ale odczuwam jej przesyt po licznych filmach dokumentalnych jej poświęconych, tudzież powtórkach filmów z jej udziałem.
Jej talent aktorski nie jest dla mnie pewnikiem, choć oczywiście szanuję ją jako ikonę i symbol.
Książka wydaje się ciekawa, a to co napisałaś o partii szachowej jest fascynujące!
-
maioofka
2010/04/27 14:44:11
M.tucha,
To jest chyba taki paradoks blogowych recenzji, bo z jednej strony pozwalają odkryć ciekawe tytuły, ale z drugiej mogą skutecznie popsuć odbiór zbyt wygórowanymi obietnicami już na wstępie - każdy ma swoje indywidualne upodobania i ocena "dobre" budzi różne nadzieje :)

Lirael,
Ja z kolei zdałam sobie sprawę, że jedyne co wiem o Marilyn to najgłośniejszy z jej romansów z prezydentem i niewyjaśniona nigdy śmierć czyli takie skandaliki bardziej. Po tej lekturze obejrzałam za to już dwa jej filmy i trochę zdjęć pooglądałam - faktycznie fotogeniczna uroda i dyskusyjny talent aktorski :)
Odkryciem okazała się bliska znajomość MM z Trumanem Capote i jej osoba jako pierwowzór postaci Holly Golightly - zupełnie inaczej spojrzę teraz na tą książkę. Dla takich smaczków chyba warto.
Sam autor tak naprawdę nawiązał do szachów i wydało mi się to pewnym kluczem do zrozumienia tej książki, więc to jego i Freuda pomysłowa analogia z życiem :)
-
peek-a-boo
2010/04/27 22:34:12
wydaje mi sie ze ta fascynacja psychoanaliza była tez spowodowana choroba psychiczna jej matki. Merilyn chyba bala sie że moze ja dziedziczyc. na mnie od lat czeka Blondynka, czyli inna biografia MM, ale ciagle nie moge sie za nia zabrac. Widze że czytasz kraine traw, strasznie jestem ciekawa Twoich wrazen, bo ksiazka odjechana jest niezle ;).
-
maioofka
2010/04/28 14:56:13
Peek-a-boo
Matka Marilyn faktycznie wylądowała w końcu w psychiatryku, ale zazwyczaj ludzie w takich przypadkach trzymają się z dala od gabinetów, aby ich także nie przymknięto (wiadomo, że taki spec jak zechce to z człowieka zrobi wariata ;) ). Osobiście stawiam na samotność jako znaczący motywator do takiej terapii: psychoanaliza jest specyficzna właśnie ze względu na długi czas trwania terapii i częste sesje. Ludzie czują się słuchani, nawiązują silną więź z terapeutą, wydaje im się że mają w tym wszystkim oparcie. Sceptycznie to brzmi może, ale nie jestem wielką fanką Freuda jeśli chodzi o formalne wytyczne terapii ;)
-
Gość: bluedress, *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl
2012/05/16 18:28:12
Fascynuje mnie postać MM, widziałam ta książkę w Drogerii Rossmann i nie mogę się jej oprzeć. Jestem po lekturze Blondynki Oates i po wrażeniach z filmu Mój tydzień z Marilyn. Chcę wiedzieć więcej. Marilyn miała skomplikowaną osobowość. Wspaniała recenzja.
Teraz czytam:
poczytnik.wordpress.com



Kontakt: rwanie.bzu@gmail.com





monitoring pozycji